Zaskakujący komentarz wiceministra klimatu, Ireneusza Zyski. Jego zdaniem dopłata do auta elektrycznego wynosząca kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście tysięcy złotych jest zbyt wysoka. Czyżby chodziło więc o wsparcie na poziomie 10 tysięcy złotych? A może dofinansowanie w wysokości 5 tysięcy złotych, jak w programie „Mój prąd”?

Dopłaty do samochodów elektrycznych – czego możemy się spodziewać?

We wtorek, 28 stycznia, prezydent Andrzej Duda podpisał „naszą” ustawę o zmianie ustawy o podatku dochodowym. Dzięki niej każde dofinansowanie z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu przestanie być traktowane jak przychód, od którego należy odprowadzić podatek. To plus:

> Prezydent podpisał „naszą” ustawę. Teraz publikacja -> ogłoszenie naboru wniosków

Zgodnie z informacjami uzyskanymi przez portal WysokieNapiecie.pl, kwota dopłat miałaby zostać obniżona o połowę, do mniej niż 20 tysięcy złotych. Dziennikarze portalu sugerowali 18,75 tysiąca złotych. Okazuje się, że wiceminister klimatu, Ireneusz Zyska, stanowczo dementuje te informacje. Jego zdaniem kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście tysięcy złotych to suma zbyt wysoka, która sugeruje, że rząd wspiera „zabawki dla ludzi zamożnych” (źródło).

Te wypowiedzi podpowiadają nam, że rozważane jest obcięcie dopłaty do mniej niż 10 tysięcy złotych. Być może chodzi o zbliżenie jej do wysokości dofinansowania, które udzielane jest w ramach programu „Mój prąd”, czyli do 5 tysięcy złotych.

Cytowany przez portal Forsal.pl Ireneusz Zyska twierdzi, że decyzja o wysokości dofinansowania nie może być arbitralna, a analiza rynku „w tej chwili jest dokonywana”. Wysokość dopłaty musi mieć umocowanie i uzasadnienie w systemie obecnej polityki rządu.

Jedyna pozytywna informacja jest taka, że start naboru wniosków o dofinansowanie ma mieć miejsce jeszcze w lutym.

Komentarz redakcji www.elektrowoz.pl

Gdy gruchnęła wieść o obniżeniu dopłat, spełniły się nasze najczarniejsze sny. Sugerowane przez WysokieNapiecie.pl ścięcie dofinansowania z 37,5 do 18,75 tysiąca złotych, paradoksalnie, sprawia, że staje się ono wyłącznie dofinansowaniem osób zamożnych. Wiemy to od naszych Czytelników: osoby, które wcześniej rozważały samochody elektryczne, bo czuły, że z bonusem finansowym udźwigną droższe, ale ekologiczne auto, teraz mówią, że nie będzie ich na nie stać.

Wygrywa tutaj czysto pragmatyczna analiza możliwości finansowych: poczucie dużego wsparcia przez rząd zostaje zastąpione o obawę, że budżet nie udźwignie ceny wyższej o 20 tysięcy złotych, bo już wcześniejsza kwota była na granicy jego wytrzymałości.

Z 19 osób, które zdecydowały się na samochód elektryczny i które podzieliły się z nami swoim rozgoryczeniem, tylko 3 (!) mówią w tej chwili, że rozważają sfinalizowanie zakupu. Pozostała szesnastka twardo deklaruje rezygnację ze złożonego zamówienia. Nie wiemy, ilu zostanie – być może zdradzą nam to dealerzy samochodowi.

> Tesla update 2020.4.1 coraz szerzej dostępne w Europie. Lepsze rozpoznawanie komend głosowych i… koniec

Nie będziemy ukrywać, że mamy zapytania o to, czy „wiemy coś więcej” również od sprzedawców. Niestety, nie wiemy. Ale coś możemy ujawnić.

Gdy w grudniu 2019 roku nasz rozmówca zdradzał nam plany rządu dotyczące dopłat (czytaj TUTAJ), które niedługo później zostały oficjalnie potwierdzone przez różne media, faktycznie usłyszeliśmy o możliwości obniżenia dopłaty do samochodów elektrycznych. Jednak powiedziano nam wtedy o docelowej kwocie wynoszącej 25-30 tysięcy złotych, jako „sprawiedliwej” i „pasującej do innych krajów” oraz „mogącej mieć realny wpływ na rozruszanie rynku”.

Proszono nas, by nie informować o tej wartości wprost, ponieważ dopiero ją obliczano. Spełniliśmy prośbę, ale zapowiadaliśmy, że w wariancie realistycznym może dojść do obniżenia dopłat.

Z niedowierzaniem reagowaliśmy więc na doniesienia WysokieNapiecie.pl, ponieważ nie pasowały one do wcześniejszych zapowiedzi. Przecież wcześniej wprost powiedziano nam, że ministerstwo ma świadomość, że kwota 20+ tysięcy złotych jest odczuwana jako duża wartość i solidne dofinansowanie, natomiast kwota mniejsza staje się niewystarczająca.

Innymi słowy: 25-30 tysięcy złotych dopłaty do auta elektrycznego może skusić nawet osoby, które uważały, że elektryki są poza ich zasięgiem. Dofinansowanie wynoszące mniej niż 20 tysięcy złotych (np. 19, 15, czy 9 tysięcy) w rzeczywistości jest formą jałmużny. Nie ma szans, żeby kogokolwiek przekonało do wydania 80-120 tysięcy złotych.

I w tym tkwi cały paradoks: wyższa dopłata miała szansę wesprzeć wszystkich, niższa zostanie wykorzystana tylko przez osoby zamożne, które stać na kupno auta elektrycznego i bez dopłaty – bo zrobią to tak czy siak z powodu innych przesłanek.

Rzecz jasna nie mamy nic przeciwko osobom zamożnym, ba, dopingujemy je, bo uważamy, że przy nowinkach technologicznych to one biorą na siebie ciężar wyższych wydatków, żeby nowe rozwiązania mogły trafić pod strzechy:

> Zniechęcasz innych do zakupu elektryków, bo „są za drogie”? Sam sobie szkodzisz [FELIETON]

Zależy nam tylko na podkreśleniu, że obniżenie kwoty dopłaty, wbrew mniemaniu rządu, BĘDZIE dofinansowaniem osób zamożnych, które już dziś stać na elektryka. Będzie o wiele większym dofinansowaniem osób zamożnych niż sprawiedliwie przydzielana dopłata w wysokości 37,5 tysiąca złotych, dzięki której Skoda CitigoE iV miała szansę na elektryfikację polskich gospodarstw domowych.

Z naszego doświadczenia i sygnałów płynących od Czytelników z innych rynków wynika bowiem, że jeden posiadacz auta elektrycznego „infekuje” nim 2,5-3,5 osoby, które natychmiast doceniają ciszę jazdy, dostępny z miejsca moment obrotowy czy możliwość „tankowania w domu”. Przy wysokiej dopłacie, wydaje nam się, mniej więcej 1/3 tych osób miałaby szansę skonwertować na nabywców samochodów elektrycznych w stosunkowo nieodległej przyszłości („skoro on dał radę, to my też udźwigniemy”).

Przy dopłacie w wysokości kilkunastu tysięcy złotych większość z tych ludzi zostaje odcięta już na starcie. Po głowie dostają również ci, którzy dzięki samochodowi elektrycznemu mogliby obniżyć swoje wydatki na paliwo, żeby polepszyć jakość życia.

Ostatnia nasza nadzieja jest taka, że Ireneusz Zyska stosuje pewną taktykę negocjacyjną. Polega ona na tym, że mimochodem podaje się bardzo niską kwotę („mniej niż 10 tysięcy złotych”), by obniżyć oczekiwania drugiej strony, a następnie „zaskoczyć ją” kwotą wyższą. Tę metodę często stosują handlarze samochodowi: gdy kupują – zaniżają, gdy sprzedają – sporo zawyżają.

> Czy warto kupić samochód elektryczny z dopłatą? Liczymy: auto elektryczne vs hybryda vs wariant benzynowy

W efekcie po iluś tam komunikatach medialnych o dofinansowaniu „niższym niż 10 tysięcy złotych” nabywcy elektryków ucieszą się, że otrzymali raczej 19 niż 8 tysięcy złotych, a „Zyska nie miał racji”. Jednak z naszych rozmów z osobami zainteresowani kupnem samochodów elektrycznych wynika, że taka metoda działania rozbija się o zupełnie obiektywne przesłanki, które opisywaliśmy powyżej.

Skoda CitigoE iV czy Nissan Leaf, który miały szansę zelektryfikować polskie drogi, lądują więc poza zasięgiem masowego odbiorcy. Poza zasięgiem tego odbiorcy, który miał szansę zainicjować zmianę na dużą skalę. W skrócie: obniżenie dopłat odbije się na najbiedniejszych, których stać było na jednorazowe „szarpnięcie się” na samochód niezatruwający powietrza.

Wybrane cytaty z Waszych wypowiedzi, obraz rysuje się dość jednoznaczny:

  • „Żona powiedziała mi, żebym zapomniał”
  • „Małe i jednak nas nie stać”
  • „Rezygnuję”
  • „Rezygnujemy”
  • „Przegadałem sprawę z Żoną. Na 95 procent rezygnujemy”
To może Cię zainteresować:
Ocena ogólna
Ocena Czytelników
[Suma: 6 głosów Średnia: 4.8]